fbpx

Codziennik cz. 1 – po co to

- Brak komentarzy

Gorąco polecam tą aplikację na telefon do odsłuchu podcastów. 
Pobierz na telefon, zasubskrybuj mój podcast i otrzymuj powiadomienia w momencie publikacji.

Cześć, tu Monika Gastrofilka, a Ty słuchasz nowej serii krótkich podcastów będących strumieniem mojej świadomości. Od razu pragnę Cię ostrzec, że lubię zakląć i nie stronię od wulgaryzmów.
No to zaczynamy.

odcinek 1

7 lipiec 2019

Czuję ogromną potrzebę pisania i niniejszym ją zaspokajam 🙂

Wakacje to czas przemyśleń, mocnych emocji, często również kłótni z rodziną, bo przecież nagle trzeba spędzić tyle czasu razem i jakoś pogodzić różne zachcianki, ciągoty i braki przedmiotów, do których użytku jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień (szczególnie tych związanych z internetem), że emocje zgrzytają, rezonują i elektryzują często tak mocno, że zwyczajnie kończą się dryjem :-).

No więc właśnie jestem na wakacjach. Jedynych w roku, bo tak wyszło. Dziesięciodniowych, więc najdłuższych w historii mojej rodziny, ale to przez prowadzenie lokalu.

Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo jeszcze nie raz zawodowe gotowanie przewinie się przez ten codziennik, ale tak – wakacje przy prowadzeniu jednego (w porywach do trzech) lokalu jest pochłaniające. Ssie życie 🙂

Drugim pierwszym razem jest tutaj to, że po raz pierwszy od zawsze, to tak zupełnie zaplanowane wakacje.

Tak, dobrze widzisz, zawsze była spontana z maksymalnie dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nie przez spontaniczność, ale przez różne uwarunkowania, które uniemożliwiły zaplanowanie urlopu.

No więc dobrze…

Jestem na wakacjach w ukochanym miejscu świata, czyli w Chorwacji.

I tu znów muszę zrobić pauzę.

Jedni kochają podróże all inclusive, inni surwiwal, jeszcze kolejni coś pomiędzy. Znam również i tych, którzy kompletnie nie lubią podróżować, ale do nich nie należę.

Kocham podróżować, ale bez przesady. Raz na czas, bo bardzo szybko włącza mi się tęsknota za domeczkiem 🙂

Tak dobrze widzisz – uwielbiam swój dom.

I nie mam na myśli chatynki, bo mieszkam w mieszkaniu. Dom, to miejsce, w którym są moje nawyki, moja kuchnia, w niej noże, sypialnie z łóżkami ludzi z którymi żyję (czyt. których wydałam na świat – wykluczając męża, którego po prostu ukochałam) i gdzie mój stary, rozlany kot zrzędzi, bo jest (na ludzkie lata) stuletnim staruszkiem.

I znów zrobię pauzę.

Myślałam, że mój zrzędny kot mnie wkurwia. Serio! Jakże się myliłam 😀

I odkryłam to tutaj, w Chorwacji, gdy kroiłam dla dzieci mięso z indyka 🙂 Wyjęłam mięsiwo z lodówki, zaczęłam je kroić w paseczki (bo obiecałam im tortillę na kolację) i… czegoś mi cholerycznie wręcz brakowało.

Po chwili zrozumiałam. Nikt mi nie zrzędzi, że kroję mięso, a jemu (staremu zrzędzie) nie dałam 🙂

Zatęskniłam i obiecałam sobie, że na lajwach fejsbukowych, na których gotuję (szczególnie z użyciem mięsa) będę bardziej tolerancyjna dla kocich jęków w tle 🙂

A powiem Ci, że kot mój myśli pewnie, że mówię do niego (nie do lajwowiczów) i dostaje takiej korby czasami, że potrafi mi statyw z aparatem przesunąć 🙂

No i zobacz – rozgadałam się o mięsie i o kocie, a miało być o wodzie 🙂

O falach, cudownym morzu, słońcu odbijającym się w marszczonych przez wiatr załamaniach wody i kołysaniu, które zagnieździło się we mnie rano, kołysało mną przez kilka godzin, a które wciąż czuję w ciele.

Miało być o wodzie, falach, wietrze i słońcu, ale gdy dzięki tej kompilacji doznań wpadłam na pomysł, że będę do Ciebie TO pisać, w kolejnych godzinach rozbuchała się we mnie chęć do opowiedzenia Ci taaaaaaaaaaaaaaaaakiej ilości moich przemyśleń i uczuć, które zazwyczaj czuję w sobie, które kołaczą mi w czaszce.

Nie będzie więc o wodzie, morzu, falach i słońcu.

Dopijam różowe wino z lodem, cytryną, wodą gazowaną i proszę Cię – napisz do mnie.

Czy mam Ci pisać codziennik?

Nie będzie to nic niezwykłego. Ot życie i myśli zamknięte w słowa.

Nie codziennie, bo i ja i Ty byśmy oszaleli 🙂

Codziennik, bo będzie o codzienności. Taki instastory z literek, czy raczej vlog ze słów 🙂

Codziennika część pierwszą zakańczam 🙂

Do kolejnego odcinka :-*

#2

05.07.2019 - 5 rano

Żeby nie było, że Chorwacja to tylko raj.

No jest pięknie i zielono i góry, plus woda… Ale do jasnej cholery, że nikt mnie nie uprzedził że w tym państwie tak żrą komary! Żeby to cholerstwo było tak słabe jak w Katowicach, do dałoby się przeżyć. Ale nie, tutejsze komarzyce mają jad tak wściekle swędzący, że nie możesz spać przez pogryzienia. Na samym tyłku mam z piętnaście swędzących i piekących bąbli!

Fakt, że mam kawał dupska, ale te pindziochy (mam na myśli komarzyce) nie ograniczyły się do mojego zadka. Jestem pogryziona permanentnie. Nos, policzek, plecy, nogi, szyja…

Co Ci tu będę wymieniać. Nie mam części ciała, której nie zdobiłby bąbel.

I idź tu człowieku na plażę, odsłoń ciało i DRAP SIĘ, bo podgrzane przez słońce bąble swędzą podziesiąkroć! Poza tym, jak to wygląda? Siedzisz na plaży i drapiesz się po tyłku?!

Szczęście, że woda łagodzi swędzenie i że mogę w niej moczyć odwłok godzinami.

Dobrze już, dajmy spokój komarom. Niech im będzie, najadły się mojej krwi.

Ale kurwa wróble! Przecież to wariaty, nie ptaki!

Czwarta rano, śpisz sobie w najlepsze.

Wreszcie możesz spać przy otwartym oknie, bo pojechałeś kilkadziesiąt kilometrów po wtyczkę na komary i ta rozsiewa nielubiany przez te insekty smrodek (chociaż i i tak znalazłam kolejne ugryzienia na tyłku). Klima wyłączona i super, bo nie ma w niej niczego zdrowotnego, a ty myślisz, że się wyśpisz, nie obudzi cię swędzenie, a rano wstaniesz i przeciągniesz się, spoglądając na piękny widok za oknem. Góry, morze, kwiaty i błękit nieba.

Jasne, kurwa!

Byłoby tak, gdyby nie wróble!

Przyznam, że odwykłam od tych stworzeń, od ich ćwierkania. W centrum Katowic nie ma zbyt wiele tego ustrojstwa, a już na pewno nie tyle, by cię obudziło.

I teraz wyobraź sobie…

Czwarta rano, okno otwarte, a zza okna dobiega do ciebie jakiś wściekły ptasi jazgot. Ćwir, ćwir w wykonaniu dziesiątek wróbli i wszystkie siedzą na drzewie pod twoim oknem i drą te swoje małe dzioby. Takie „ćwir ćwir” bandy wariatów. W jedno „ćwir ćwir” wsłuchiwałam się przez kilka minut, bo ciężko mi było uwierzyć, że jakieś stworzenie może się tak tępo zaciąć i ćwierkać w jednym tempie, jednostajnym dźwiękiem, bez żadnej modulacji.

Po co wróble to robią?!

Zbiera się taka ekipa i ćwierka przez pół godziny.

Ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir, ćwir...

No i w efekcie wstałam, wzięłam laptop i piszę do ciebie o czymś tak bezsensownie banalnym, ale wiesz, jak to jest.

Śpisz sobie słodko, masz jeszcze przynajmniej cztery godziny snu przed sobą, a tu takie stworzenia postanawiają ci w tym przeszkodzić.

I tak, wiem, one są u siebie, a ja nie. To drzewo pod moim oknem (a moim, bo za nie na tych dziesięć dni drzewa pod oknem płacę) pewnie od lat jest ich punktem spotkań i darcia dziobów, ale może jednak jutro dałyby spokój i poszły pokrzyczeć gdzieś indziej.

Szanowny wróblu, jeśli czytasz tego maila, lub Ty – Władco Ptaków – proszę, by jutro ekipa poszła drzeć dzioby pod inne okno, bo chciałabym się wyspać.

Nie ma szkoły, więc nie muszę wstawać o szóstej, a już na pewno nie o czwartej, więc może by tak dać mi pospać do normalnego rana.

O to proszę ja – urlopowiczka, z pięknej Chorwacji, w której zostałam częściowo zjedzona przez komary, a teraz wkurzona siedzę i piszę list, zamiast spać 🙂

ps. jaskółki też są porąbane – siedzi to na drucie i wydaje dźwięki, niczym alien!

Dobra, idę pozwiedzać miasteczko.

O szóstej rano w wakacje… Dżizas!

Dodaj komentarz