fbpx

Czy wiesz co jesz? – podcast nr 14

- Brak komentarzy
czy wiesz co jesz - podcast

Co kryją w sobie smaczne wędliny? Jak wybierać te zdrowsze, na co zwracać  uwagę? Czym je zastąpić?
Na powyższe pytania i kilka innych odpowiadam w tym nagraniu.
Podaję też kilka wskazówek, jak kupić dobre mięso.

W tym przepisie znajdziesz...

.. super marynaty do mięs i przepis na szpinak , lub soczewicę na kotlety do chleba. Jest to świetna alternatywa dla mięsa.

Jeśli wolisz czytać - transkrypt nagrania

Witam Cię. Tu Monika Gastrtofilka – gastronom z dwudziestoletnim stażem.
Prowadziłam kilka lokali gastronomicznych, knajpek, kawiarnię i cukiernię. Właściwie sprzedaż towaru, który był produkowany w cukierni, bo tam przede wszystkim się uczyłam.
I tyle słowem wstępu.

Dziś chcę Cię zaprosić do podcastu pod tytułem: Czy wiesz co jesz?

Będę mówić o wędlinach. I nie będę Cię od nich odstraszać. Mam po prostu pewną propozycję, ale o tym później.

Chciałoby się jeść zdrowo, a przede wszystkim wiedzieć, CO się je. Tak, jak w dzisiejszym tytule.

Chciałoby się, żeby jedzenie było zdrowe, smaczne i oczywiście w rozsądnej cenie. Producenci chcieliby tego samego: smacznie, niedrogo i zdrowo, ale niestety ekonomia nie zawsze pozwala pogodzić wszystkie te cechy w jednym produkcie. Tak jest z wędlinami. Co w nich jest?

Może zacznę od teorii.

Karageny, skrobie i żelatyny dodawane są po to, żeby wiązać składniki w wędlinie i po to, aby dodana woda z niej nie wypłynęła.
Azotany, dodatki barwników w krwi mają poprawiać wygląd, przyciągać nasz wzrok, wśród dziesiątek innych wyrobów w ladzie chłodniczej. Mają wyglądać soczyście, krwiście i świeżo przede wszystkim.
Sorbinian potasu, benzoesan sodu hamuj,a rozwój pleśni i drożdży. To dla naszego zdrowia, abyśmy się nie zatruli.
No i wzmacniacze smaku takie, jak glutaminian sodu obecny już we wszystkim, również w wędlinach. Żeby nam bardziej smakowało, żeby można cieńszy plasterek ułożyć na kromce. Niestety nasze kubki smakowe są już tak rozpuszczone przez wszędobylski glutaminian i inne wzmacniacze smaku i zapachu w potrawach, że i wędlina musi być podrasowana, aby nos ją czuł , a nasze kubki smakowe odbierały ją pozytywnie.
Są też wypełniacze, które służą temu, by przede wszystkim obniżyć cenę. By produkt był bardziej wydajny.

Produkty tanie zawierają dużo wody, dużo białek roślinnych, czy zwierzęcych {np. przemielone odpadki, jak kurze łapki, skórki, chrząstki} i tłuszcz nie zaliczany do mięs. Dodatkowo używa się skrobi i błonnika bądź soli po to, by konsumenta o niezasobnej kieszeni było stać na kupno .Bo musi lub chce kupić wędlinę. Dla niego robi się wędlinę wypełnioną składnikami innymi niż mięso

Produkty droższe mają mniej wymienionych dodatków, a najdroższe są prawie bez dodatków. W nich jest najwięcej „mięsa w mięsie” i mało całej reszty.

Po co te dodatki?

Po pierwsze, aby wydłużyć termin przydatności do spożycia. Jest to najważniejsza kwestia w marketach, ponieważ muszą one być zabezpieczone na zróżnicowany popyt konsumenta.
Robi się to również po to, by uczynić wędliny wysokowydajnymi. Tym samym są tańsze dla mniej zamożnego konsumenta, który nie kupi produktu za np. 60 zł za kilogram. Oczywiście na co dzień.
Robi się to przy pomocy maszyn, które mają elastyczne igły nastrzykujące surowiec. Producenci prześcigają się, kto wymyśli bardziej wydajną maszynę do napompowania wędlin i mięs solanką i innymi dodatkami płynnymi, dzięki którym produkt jest cięższy. Na przykład blok szynki włożony do maszyny jest nastrzykiwany ze wszystkich stron igłami. Można to poznać po odpakowaniu go w domu i umieszczeniu w lodówce. Taka wędlina traci wodę. Widać również dziurki z substancją żelującą po rozkrojeniu.

Tę technikę stosuje się również w przypadku tańszych filetów łososia. Dzięki solance są cięższe, a cenę produktu można obniżyć. Wpływa to oczywiście na smak. Ale nie mówmy tu o łososiu.

Wspomnę jeszcze, że aby tusza mięsa nie traciła wody, mrozi się ją ciekłym azotem i nastrzykuje się, aby była cięższa.
To są sposoby na przemysłową hodowlę zwierząt i później produkcję.

Dlaczego o tym mówię?

Na pewno nie po to, żeby odwodzić Cię od jedzenia mięs i wędlin, bo to sprawa bardzo indywidualna (wręcz niczym religia). Kropka.

Ja chcę Ci podsunąć pomysł, jak częściowo zastąpić wędliny własnoręcznie marynowanymi mięsami. Tak, dobrze słyszysz.

Od pewnego czasu na stronie pokazuję przepisy w stylu: co zrobić na śniadanie by nie używać produktów gotowych i by używać, jak najmniej produktów gromadzonych u siebie w kuchni, spiżarni i lodówce.

Wracając do wędlin. Ponieważ nie ma wędlin bez dodatków chemicznych, warto spróbować: kupić dobry kawałek mięsa, zamarynować i konsumować go w trakcie tygodnia. Są różne sposoby marynowania mięs. Znajdziesz je na mojej stronie gastrofilka.pl, na którą Cię serdecznie zapraszam

TUTAJ

Wróćmy do wędlin gotowych. Jak kupować – jeśli kupować, bo każdy z nas lubi gotowe.

Jest to szybkie rozwiązanie, dlatego nie sugeruję, żeby porzucić jedzenie wędlin, ale serdecznie namawiam Cię, aby je zastąpić.

Jeżeli kupujesz – patrz na skład.

Jeśli jest to wędlina paczkowana, etykieta jest dostępna na odwrocie opakowania. Warto przeczytać ile i jakich E oraz ile pozostałych składników zawiera ten produkt. Wszystko pięknie opisane tak, że widzisz co jest wzmacniaczem smaku, a co konserwantem. Dokładnie wszystko widoczne. Ogólnie zasada jest taka, aby lista składników była jak najmniejsza.

A teraz ważna informacja: jeśli kupujesz wędlinę pokrojoną przez sprzedawcę, wiedz, że ma on obowiązek okazać na Twoją prośbę etykietę ze składem wyrobu, bądź udzielić informacji na ten temat, jeśli nie chcesz oglądać etykiety.

Jak nie chcesz blokować kolejki, czy słuchać komentarzy miłej pani, poproś o podanie, lub pokazanie opakowania zbiorczego. Ty masz do tego prawo, a druga strona taki obowiązek. Zapamiętaj to.

Patrz również na skład pod kątem zawartości mięsa w produkcie.

Na przykład: w wędlinach podsuszanych pisze: 100 gram produktu powstało ze 120 gram mięsa.
I wtedy wiesz, co jesz, bo to jest odpowiedni skład.

Podobnie jest z parówkami (np 70 proc mięsa – to szynka). Jest ich duży wybór i dlatego trzeba przeczytać skład z tylnej etykiety. Z przodu niestety bywają hasła reklamowe, które odwracają naszą uwagę od tego, co pisze z tylu opakowania, a bywa, że są one nie do końca spójne z tym, co z tyłu. A wielu z nas na to nie patrzy, bo w większości parówek praktycznie mięsa nie ma, a są wszystkie pozostałości po rozbiórce np. kurczaka łącznie z mielonymi kurzymi łapkami, skórkami czy tłuszczem.

Tak więc warto zamienić część wędlin – mięsami marynowanymi.

I tu odsyłam Cię do wpisu na stronie gastrofilka.pl pod tytułem:Tost inaczej”, bo tam podaję trzy sposoby na marynowanie polędwiczek wieprzowych, które to sposoby nadają się również do marynowanie piersi z indyka lub kurczaka. Zdrowszy indyk, ale o tym za chwilę.

Jest tam także najprostszy sposób na marynowanie tofu, które kompletnie zmienia smak tego niby bezbarwnego dodatku wegetariańskiego, a i bardzo ładnie okłamuje kogoś, kto chce jeść wędlinę.

Przetestowałam to z dobrym skutkiem na kilku osobach również dzieciach, dla których nic, co wegetariańskie (wg ich stwierdzenia) nie jest do zjedzenia.

W tym przepisie znajdziesz również super sposób na szpinak. Jest on tak uduszony, że po dodaniu sera, czosnku i przypraw wątpię, że coś Ci zostanie na później. Chyba, że uda Ci się nie skosztować, to będzie na później. Szpinak po wystudzeniu w lodówce w szklanym naczyniu można z powodzeniem stosować jako pastę na kanapki, co pokazuję na filmie we wpisie z przepisami. Pastę można trzymać kilka dni, jeżeli Ty wytrzymasz przed jej zjedzeniem. Gorąco polecam – przepyszne.

Jeśli się skusisz na zamarynowanie mięs, to powiem Ci , że najlepiej zrobić to z kilkoma ich rodzajami lub jeden rodzaj na kilka sposobów i mieć taką porcję około 2 kilogramów na czteroosobową osobową rodzinę.
Jak będziesz korzystać z przepisów na tej stronie, będziesz używać tego mięsa do kanapek rano i na wieczór oraz np. do naleśnika czy tortilli. A także do obiadu.
Dlatego zużyjesz wszystko, bo to przyświecało mi przy tworzeniu kursu „Obiadowa Królowa Kuchni” - czyli krążenie wokół niewielkiej ilości składników i wymyślanie jak największej ilości urozmaiconych potraw.
Z tych marynowanych mięs możesz korzystać przynajmniej przez tydzień bez obawy, że się zepsują.
One z każdym dniem robią się smaczniejsze, bo przyprawy i olej przegryzają i nasączają je smakiem, który niewiele wędlin może przebić.
Spróbuj, przekonaj się i uwierz. Przyznasz mi rację.

No tak. Żeby takie mięso zamarynować, to najpierw musisz kupić dobre mięso.

W przypadku mięsa drobiowego, sprawa nie wygląda źle.
Jeżeli lubisz drób, to wybierz indyka, dlatego, że kury hodowane przemysłowo, karmi się mączką rybną i mnóstwem śmieci, których kury w środowisku naturalnym nie jedzą. Natomiast indyk to zwierzę, którego nie nakarmi się byle czym, bo nie zje byle czego. W mięsie indyczym jest również mniej antybiotyków, a jest równie chude i smakiem bardzo zbliżone do kurzego.
Jeśli możesz wybierać – wybieraj pierś z indyka. Chuda, smaczna i zdrowsza niż pierś z kurczaka. Można kupić mały kawałek piersi indyczej, ale jeśli kupisz duży, to nic mu się nie stanie. Nie narazisz go na to, że się zepsuje.

A jak wybrać dobrego indyka?

Wzrokowo. Nie kupisz, jak zobaczysz, że porcja jest obsuszona.
Dobrze jest nie kupować w marketach. Chociaż nie odradzam marketów, ale lepiej kupować w sklepach typu „Świeżyzna”, gdzie jest trochę drożej, ale to są sklepy, w których właścicielom i obsłudze zależy na tym, żeby przywiązać klienta do siebie. Oni zazwyczaj (oprócz paru innych produktów) zajmują się tylko sprzedażą wędlin i mięsa. W dodatku mają sprawdzonych dostawców. Pilnują, żeby produkt był odpowiedniej jakości, bo wieści na osiedlu roznoszą się szybko. Sąsiadka sąsiadce przekaże gdzie jakość się pogorszyła, że wyrób nie jest już taki dobry, więc właściciele dbają o to.
Jest super na kanapkę, do tortilli oraz do smażonego ryżu. Przepis (oczywiście ekspresowy) na stronie gastrofilka.pl.

Jak kupować polędwiczkę wieprzową, na którą właśnie jest przepis (na kilka marynat)?

Jest to bardzo wdzięczne mięso. Gdy ją kupujesz sprawdź, czy nie jest przerośnięta tłuszczem. Jeżeli jest paczkowana zobaczyć łatwo. Sprzedawca też pokaże Ci ją ze wszystkich stron.
Najlepiej,gdy jest jednym kawałkiem, bo czasem jest postrzępiona, a wtedy trudniej zrobić plasterki (jako wędlinę na kanapki). Jeśli jest to cały podłużny kawałek, łatwiej się go kroi.
Poza tym marynuje się polędwiczkę bardzo szybko. Mięso robi się zbite i dobrze się je smaży. Kupujesz na „oko”, a wielkość nie ma znaczenia.

Największa trudność jest przy zakupie mięsa wołowego.

Możesz próbować kupić mięso bez przerostów tłuszczu, ładne z wyglądu.
I tu odradzam markety. Mam nadzieję, że i market i Ty nie obrazicie się.
Po wołowe mięso odsyłam Cię do sklepu osiedlowego czy masarni osiedlowej, która ma przepływ klientów. Jak widzisz w sklepie kolejkę, to wiadomo, że tam mięso jest świeże.
Nie będzie sztucznie odświeżane (myte, natłuszczane) spryskiwane chemią, która ma odświeżyć sztucznie do pewnej głębokości mięsa, co widać często niestety w przekroju. I o tym przekonałam się sama po zakupie w markecie mięsa wołowego.
Miało ono dziwny, jaśniejszy kolor z wierzchu na ok 2 cm, a w głębi kolor się nagle zmieniał na całej jego długości. Ewidentnie, jakby zostało w czymś namoczone.
Nie sprawdziłam, nie robiłam badań chemicznych ale staram się już tam nie kupować, a na pewno nie wołowinę. Mam znajomą, sprawdzoną kobietkę w sklepie, do którego gdy wchodzę, słyszę „dzień dobry” i czuję się u siebie. Tobie też polecam.

A żeby całkiem przekonać Cię do kupowania mięsa w sprawdzonych sklepikach (mniej, drożej, ale ze sprawdzonego źródła) jest fakt, że sama kupiłam pięknie wyglądający na pozór kawałek mięsa – chudy, nieprzerośnięty i go pokroiłam. I dusiło się to mięso przez pół dnia. Bo było tak, jakbym pokroiła i doprawiła podeszwę buta i tę wrzuciła na patelnię. Tak to wyglądało.
Mięso było łykowate, bo ze starego zwierzęcia.

Nie każdy z nas ma dostęp do mięsiwa, jajek i innych produktów od gospodarzy ze wsi. I czasu nie mamy, żeby się na wsi zaopatrywać, a jeśli Ty masz – to gratuluję.

Mięso wołowe dobrej jakości pokrojone w kostkę i duszone, po półtorej godziny jest rozpadające się, smaczne i miękkie.
I z przeproszeniem wegetarian jest ogromna różnica w smaku i zapachu między rodzajami mięsa. Sprawdź i przekonaj się.

Podsumowując.

Jedz wędlinę i Boże broń nie chcę Cię od niej odwodzić, ale spróbuj jej część zastąpić marynowanymi przez siebie mięsami, ale na mój sposób.
Jak Ci się nie chce szukać innych sposobów (a nawet jeżeli Ci się chce) to i tak mój sposób jest wręcz genialny. Zobaczysz, że nie tylko Tobie smakować będzie kanapka ze świeżo upieczoną polędwiczką, wcześniej pokrojoną. Albo kawałkiem marynowanej piersi z indyka. Również dzieci będą zachwycone, kiedy zrobisz kanapkę do szkoły. A Twoja kochana połówka, kiedy dostanie kanapki w domu albo na wynos? Albo Ty, kiedy nie będziesz mieć nic ciekawego w lodówce, wyciągniesz kawałek mięsa, pokroisz, usmażysz i zjesz w kanapce z masłem. Przy okazji ciepłe mięso roztopi masło i podgrzeje bułkę.

I tylko spróbuj.
I oczywiście stałe hasło.

Niech moc będzie z nami – Gastrofilami.

Dodaj komentarz