fbpx

Minimalizm w kuchni cz. 1- podcast nr. 8

- Brak komentarzy
minimalizm 1 - podcast

Odcinek nagrany prawie szeptem, bo nagrywany, gdy wszyscy domownicy śpią.
Szepczę o tym, jak to dajemy się "wkręcić" w kupowanie niepotrzebnych sprzętów kuchennych.
Jest to część idei kursu OBIADOWA KRÓLOWA KUCHNI, w którym jednym z elementów jest zminimalizowanie ilości produktów spożywczych i zaprowadzenie w niej porządku i ładu. Przyświeca mi idea ograniczenia zakupów i impulsów docierających do naszego przeładowanego nimi umysłu.

Jeśli wolisz czytać - transkrypt nagrania

Witam Cię.

Tu Monika Gastrofilka. Gastronom z dwudziestoletnim stażem.

Dzisiaj nagrywam bardzo po cichu. Jest piąta rano, pierwszy dzień świąt. Wstałam, ponieważ moja choinka postanowiła „zaliczyć” podłogę. Jak już wstałam, spać się odechciało, zresztą lubię wstawać tak wcześnie.

Dzisiejszy podcast ma tytuł „Minimalizm w kuchni”. Będzie trochę refleksyjny, trochę przemyśleniowy, ale ostatnio mam czas na to, by myśleć i by mnie te refleksje dopadały. Oczywiście tak pozytywnie. Robię to również w ramach kursu „OBIADOWA KRÓLOWA KUCHNI” (w sensie przemyśleń i nagrywania ;-)).
Ten podcast też jest z tym związany, te przemyślenia też z tego właśnie wynikają.

Ale o czym ja chcę mówić?
Minimalizm w kuchni – część pierwsza „Sprzęty”

Otacza nas masa impulsów z każdej strony. Telewizja, radio, gazety, reklamy, bilbordy, internet. Wszędzie na nas napiera informacja krzycząca, kolorowa, głośna. Z każdej strony. Zazwyczaj, właściwie w 99% reklamy pokazujące coś, produkt, który producent chce nam sprzedać, ubiera w piękną, kolorową oprawę, postaci na reklamach mają uśmiechnięte pyski i wyglądają na bardzo szczęśliwe. Chyba, że mają problem do rozwiązania, wtedy postaci są smutne. Ale, gdy producent swoim produktem rozwiąże ten problem, wtedy postaci są szczęśliwe.

Niestety działa to na nas.
Spójrz na jakąkolwiek reklamę telewizyjną, czy to w folderze z jakiegoś marketu – tam buźki osób występujących w reklamie, czy to pozujących do zdjęć zawsze są uśmiechnięte.
No i niestety „łapiemy się”, brzydko mówiąc, na to, na te uśmiechnięte twarze gospodyń, czy rodziny, która jest szczęśliwa w takiej kuchni. To już w szczególności. Kobieta w fartuszku, umalowana, paznokcie śliczne i fryz idealny. Stoi za blatem kuchennym, coś miesza patrząc w ten garnek na przykład, czy w jakiś pojemnik, z uśmiechem, a cała rodzina patrzy w nią, jak w obrazek.

Niestety media, również internety sprzedają nam taki obraz kuchni i kuchennego szczęścia. I my się na to niestety dajemy złapać. Z resztą producent każdego… w ogóle jedzenia – spójrz, jak się reklamuje jedzenie.

Tam zawsze jest to związane ze szczęściem. Już pomijam fakt, co nam się wczytuje. To, że jedzenie jest tym, co daje nam szczęście. To już jest inna sprawa.

Bardziej mam na myśli producentów sprzętów kuchennych. Nazwy same mi się cisną na usta, ale nie będę ich wymieniać.

Jeśli pomyślisz o jakimś mikserze, piekarniku, lodówce, to przypomnij sobie, albo wygugluj i spójrz w internecie na jakąkolwiek reklamę sprzętu kuchennego. On (sprzęt w reklamie) daje zawsze multum szczęścia.

Każdy producent mówi nam: „potrzebujesz więcej tego”, „musisz mieć nowszy sprzęt, bo ten, który masz jest już przestarzały i nie da ci takiej pełni szczęścia, jak na przykład nowy parowar, mikser, blender, lodówka, czy pralka z bąbelkami”. Akurat to ostatnie nie dotyczy kuchni, chociaż czasami w kuchni montuje się pralkę, ale rozumiesz, o co mi chodzi.

O to, że każdy producent wczytuje nam potrzeby, których wcale nie mamy. I nagle wierzymy, że faktycznie, ten piekarnik z funkcją wyrzutu pary jest nam niezbędny do tego, żeby nasza rodzina jadła zdrowo, była szczęśliwa i czuła się przez nas dopieszczona, a my żebyśmy były tymi dobrymi gospodyniami.

Niestety, tak to wygląda, a przynajmniej ja tak to widzę.

Tak więc dajemy się złapać na taką reklamę, kupujemy sprzęt za ciężkie pieniądze.

Robimy to w nadziei, że gotowanie stanie się tym, czym jest dla tej kobiety zazwyczaj, bo tak mamy to wczytane (w sensie kuchni i gotowania). I myślimy, że będziemy równie uśmiechnięte, wypoczęte, bo ten sprzęt da nam pełnię szczęścia. Prawda?

Nabywamy również kolejne szkliwa, porcelanę, gary.

Tutaj posłużę się przykładem

Libię Ikea i tak, te ich schowroom-y, do których wchodzisz i masz wszystko pięknie ułożone przez dekoratora wnętrz i wiadomo, że tam dzieci małe nie biegają, nie ściągają ze stołu obrusu i nic się nie wylało na obrus, a wszystko jest pięknie oświetlone, to tak – NA MNIE TO TEŻ DZIAŁA 🙂

Lubię Ikea, ale staram się do niej rzadko jeździć, bo ma taką właśnie moc przekazu, tego ciepła domowego.

Nie miało być jednak o samej Ikei, ale o tym, jak producencie dóbr na nas wpływają. Zazwyczaj są to naprawdę proste chwyty, którym ulegamy. Coraz mniej na szczęście, bo jeśli czegoś masz dużo zewsząd, to w końcu umysł (na szczęście) przeładowany tymi impulsami odcina część tych informacji, które dopływają. Tak też się dzieje w przypadku reklamy napierdzielającej na nasza biedną korę mózgową.

Kupujemy szkliwa, porcelanę, sprzęty, nowe lodówki i czujemy się rozczarowane.

Szczęścia, które jest przedstawione na reklamie nie kupiłyśmy, nie nabyłyśmy, a przecież maszyny miały nam to dać, a tu klops!

W efekcie co się dzieje?

Sprzęt ten, jeśli to jest na przykład mikser, czy kolejny blender, ląduje w szufladzie, albo gdzieś w spiżarni, w piwnicy, na strychu. My myślimy: „jak nam będzie potrzebny, to go wyjmę, bo w tej chwili zajmuje mi za dużo miejsca”.

Często w ten sposób to właśnie wygląda, że stwierdzamy, że tyle mycia przy jednym użyciu, że właściwie zamiast używać grilla domowego, mogę to samo przyrządzić na patelni.

I tak dla przykładu toster – to samo można zrobić właśnie na patelni. Wrzucić kromkę, obsmażyć z dwóch stron i też jest chrupiąca i ciepła, masło się na niej rozpływa, no ale w tosterze kromki fajnie wyskakują.

Mam sporo sprzętów z lokali gastronomicznych, które prowadziłam i tych sprzętów nie używam. Na początku było zachłyśnięcie, bo przecież kurczę! - mogę używać grilla elektrycznego, mogę smażyć i to w takim szybkim tempie.
No tak, tylko że taki grill to:

1. ma ogromny pobór mocy

2. zajmuje dużo miejsca, jest ciężkim sprzętem (mówię o grillu elektrycznym zamykanym z ciężką klapą)

3. mycie jest pracochłonne

I tak po kolei, wszystko, co przywlekałam do domu, poza oczywiście okresem edukacyjnym, kiedy kupiłam dużą naleśnikarkę i cała rodzina musiała jeść naleśniki praktycznie trzy razy dziennie, bo musiałam się ich nauczyć robić, by później uczyć pracowników, to każdy sprzęd nudził mi się w końcu.

Czy na przykład grill, gdy go kupiłam, to smażyłam na nim wszystko włącznie z kawą (żart). Wszystko, co dało się usmażyć, to smażyłam na grillu. Później „odstawiłam” grilla.

Sprzęt, który kupiliśmy wierząc, że przyniesie nam szczęście i tyyyyle wolnego czasu, a my będziemy pachniały i pięknie wyglądały, a jedzenie praktycznie zrobi się samo i rodzina się od nas odchrzani, sprzęt ląduje gdzieś w „przechowalni”, a my się zniechęcamy.

I tutaj przykłady.

Mam koleżankę, która ma piekarnik z podajnikiem pary.

Nie wiem, na czym to polega, nigdy tego nie używałam i nie byłam przy użyciu tego może dla tego, że ona sama właściwie tego nie używa. Nie używa go, bo go trzeba myć z osadów pary z jedzeniem i jest to kłopotliwe, pracochłonne.

Kolejna koleżanka ma frytkownicę podczerwieni (tak nazywa sprzęt). Nie wiem co to znaczy.

I ta frytkownica jest ładna i stoi sobie gdzieś w kącie kuchni na blacie, używana jest raz w miesiącu.

Trzecia koleżanka ma parowar i kupowała go z założeniem, że będzie jeść wszystko przyrządzane na parze, bo to dietetyczne, zdrowe i smaczne.

Pięć razu użyła. Później stwierdziła, że jak zaczęła wydłubywać patyczkiem jedzenie spomiędzy kratek, którymi to przedostaje się para wodna i gdy zaczęła myć to w zlewie o parametrach zbyt małych jak na tak duże urządzenie, to zwyczajnie spakowała parowar do pudełka i schowała w szafie. Zrobiła to z myślą, że kiedyś się przyda. Po to, by sobie zracjonalizować nieudany zakup. Sprzedać się tego nie opłacało za pół ceny.

Jeszcze następna koleżanka kupiła maszynę do jogurtów i użyła jej raz.

Takich zakupów dokonujemy na fali uniesienia reklamą, może pokazówką, na którą telefonicznie próbują ściągnąć nas sprzedawcy mówiąc, że to tylko pokaz. Na tym pokazie rozochacają nas tak, że jesteśmy gotowe do wzięcia kredytu, by kupić garnek za dwa tysiące.

Ta sama koleżanka kupiła domową maszynę do lodów i też użyła jej chyba z pięć razy, po czym dała ją mi. Też użyłam jej z piętnaście razy i tylko dla tego tak dużo, że miałam dostęp do włoskich past do lodów, na bazie których robiliśmy shake w lokalu. Wychodziły z tego pyszne lody, które moje dzieci bardzo lubiły, ale się znudziły.

Można by tak jeszcze parę tych sprzętów wymienić. I producenci mówią nam, że musimy mieć na przykład maszynę do waty cukrowej. Koleżanka miała taką, ale szybko jej się znudziła, bo za dużo „syfu” się wokół tego robiło.

Drugim takim niezbędnikiem jest maszyna do popcornu. I tutaj znów jest to fajny gadżet i bajer i za dużo sprzątania i zajętego miejsca.

Większość z nas ma tak, że po okresie zachłyśnięcia się nadmiarami sprzętowymi odstawia je.

I to nie jest złe. To jest bardzo naturalna reakcja umysłu i organizmu, który nie potrzebuje takiej ilości impulsów, nadmiarów i chaosu.

Odstawianie sprzętów jest ogarnięciem kuchennego chaosu.

U mnie to się ostatnimi czasy bardzo nasiliło. I nie ma tygodnia, żebym czegoś nie wyniosła ze swojego otoczenia i pozbyła się tego. Na razie do piwnicy, później to pewnie pójdzie na sprzedaż.

Mniej sprzętów w kuchni, wokół Ciebie, to ułatwienie podejmowania decyzji. Jak na przykład do tego, co trzeba ugotować. Gdy gotujesz, to się bałagani i brudzi i jeśli masz mało sprzętu, to masz mniej zmywania i czyszczenia powierzchni, mniej przesuwania tych sprzętów, które tak naprawdę zagracają kuchnię.

Kolejnego młynka elektrycznego do zielonego pieprzu z oświetleniem od dołu. Wiem, że można mieć dużo sprzętu, bo sama przerobiłam etap, gdy uważałam, że muszę mieć nowy gadżet, kolejny młynek, maselniczkę. I dla przykładu potrafiłam jechać do miasta obok po maselniczkę. Przeszłam koło wystawy sklepowej, na której stała porcelanowo nierdzewna maselniczka, a ta była tak piękna i kosztowała dwadzieścia złotych, że wsiadłam na rower (więc były tu dodatki zdrowotne) i pojechałam po maselniczkę.

Przeszedł mi na szczęście ten „okres” i bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że na stałe 😉

Sprzęt, który kupujemy, cieszy tylko do trzeciego użycia/mycia.

Później nasz leniwy (na szczęście) umysł stwierdza, że jeśli mamy użyć sprzętu, który zaoszczędzi nam pięć minut pracy, a później będziemy go myli przez piętnaście minut, to chrzanić taki interes!

I to ten sprzęt zazwyczaj leży w odmętach szuflad, szafek i kurzy się. Taki jego los.

Producent przewidział los sprzedawanego sprzęt.

Co w związku z tym zrobił? Oprawił sprzedaż obrazem i marzeniem, byśmy uwierzyli, że oto mamy przed sobą spełnienie naszych teraźniejszych potrzeb, marzeń i chciejstwa.

I znów posłużę się przykładem.

Miałam zmywarkę z mnóstwem funkcji, podobnie było z pralką. Po czasie okazało się, że wszystkie dodatkowe funkcje są nieużywane, a używa się raptem dwóch, może trzech, góra czterech programów. Reszta po prostu jest, a my mamy to uczucie, że jak będziemy chciały, to możemy ich użyć. I dupa, nie używa się ich 🙂

Kupiłam pralko suszarkę z przeświadczeniem, że będę suszyć pranie. Nie używam suszenia. Pranie suszy się samo, na suszarce, przed kominkiem.

I właśnie w ramach kursu OBIADOWA KRÓLOWA KUCHNI propaguję kuchenny minimalizm.

Jednym z etapów kursu jest robienie czystki w lodówce, spiżarni, na półkach. Wszędzie tam, gdzie trzymasz sprzęty, gary i jedzenie. Tam, gdzie mogą się też zalęgnąć urocze wielonogi, czyli mole spożywcze.

Jednym z tych etapów jest usuwanie sprzętów, ich nadmiarów, które to utrudniają gotowanie.

I dla przykładu zastanów się jak często używasz miksera, który stoi w szufladzie i się kurzy.

Czy warto trzymać malakser, dla utarcia trzech marchewek, czy pięciu ziemniaków?

Na podstawie mojego doświadczenia stwierdzam, że wszystkie te sprzęty są o dupę roztrzasnąć. Więcej czasu zajmuje sprzątanie po ich użyciu, przekładanie ich i przekładanie, przy czyszczeniu blatów, niż użycie zwykłej tarki i rękawiczki dla ochrony rąk i utarcie tych pięciu, czy też dziesięciu ziemniaków na tarce.

Kiedyś tego nie rozumiałam i myślałam sobie, że teściowa trze ziemniaki ręcznie i dlaczego nie używa do tego malaksera? Może nie malaksera, ale jakiegoś miksera z tarką.

Teraz sama tak robię i stwierdzam, że tak bardzo jak kiedyś chciałam mieć ten sprzęt, że tego się rzadko używa. No chyba że pieczesz ciasta, ale mówię tu o nadmiarach sprzętowych, które bardziej przeszkadzają i zamącają postrzeganie naszej kuchennej rzeczywistości, niż nam realnie pomagają. Poza tym wydajesz na nie pieniądze.

Kurs OBIADOWA KRÓLOWA KUCHNI nabiera nowego kierunku.

W trakcie tworzenia go docierały do mnie takie przemyślenia, że nadmiary przeszkadzają. Nadmiary w lodówce i w zamrażarce, o których mówię w pokaście „Zombie w lodówce”. Było o tych właśnie nadmiarach, które hodujemy na półkach i które nam zatruwają organizm. Odsyłam Cię do tego podcastu „Zombie w lodówce”. Dzisiejszy podcast jest rozwinięciem tamtego tematu.

Jako gastronom mam „hopla” na sprzęt do gotowania:-)

Gdy wchodzę do Media Markt, to nie kieruję się nigdzie indziej, tylko od razu na dział z lodówkami. Mam takie zboczenie. I właściwie mogłabym otworzyć taką lodówkę, macać półki, sprawdzać jakie mają funkcje, szuflady. To wszystko mnie tak jara, jak większość mężczyzn nowe modele samochodów. Oni macają tapicerkę (zapomniałam powiedzieć o kierownicy! :D), oglądają piękne auto, ja tak oglądam właśnie lodówki, bądź piecyki. Nie wiem, czy jest to zboczenie. Po prostu tak mam.

Przerobiłam setki sprzętów. Nie wiem, ile samych piekarników. Włącznie z piecem u teściów na produkcji ciast. Ten był tak duży, że można było do niego wejść i stać wyprostowanym, choć ten mnie akurat tak bardzo nie nakręcał 🙂 Kręci mnie większość sprzętów kuchennych.

Chyba większość tak ma, a gastronom, gdy pracuje na sprzętach, poznaje ich wiele, zaczyna się na nich znać, to jara się kolejnymi.

Chodzi mi jednak o to, że sprzętów przerobiłam multum i sprzęty te szczęścia nie dają.

Tak w gastronomi w lokalach, jak i w kuchni zasada jest podobna – używa się określonej ilości sprzętów, składników spożywczych. Pokuszenie się na odejście od tego jest zazwyczaj stratą czasu, energii i pieniędzy.

Jak każdy i ja uległam nie raz i nie dwa i nie pięć i pewnie nawet nie pięćdziesiąt reklamie, którą sprzedawca przychodzący do lokalu, który prężnie działa zaserwował mi. Wrzucił mi „makaron na uszy” i stwierdziłam, że potrzebuję płynu do naczyń, który jest ekologiczny, chroni ręce, jest mega wydajny, bo ma podajnik dozujący 5 ml płynu na mycie. Kupiłam taki płyn za trzysta złotych, by po krótkim czasie stwierdzić, że jest to kompletnie bez sensu.

Miało to miejsce bardzo dawno temu, później zostaliśmy przy płynie Ludwik, który jest najłagodniejszy dla dłoni, wydajny i po prostu sprawdzony. Dodatkowo można go kupować w dużych baniakach na przykład w Makro (5 l, 10 l i 15 l też).

I tak patrząc na przykład lokali, ograniczyło się asortyment do minimum.

Było dużo asortymentu i to ograniczenie sprawdziło się również na klientach. Klienci nie potrzebowali kolejnych, brzydko mówiąc, „wydumek” kulinarnych. Potrzebowali konkretu, prostoty i okrojonego menu.

My (załoga) potrzebowałyśmy okrojonego, nazwijmy to, menu chemicznego. Czyli do mycia Ludwik, Cif, trzy rodzaje gąbek, dwa rodzaje myjek i właściwie tyle tego było.

Nie kupowało się pięciu rodzajów pomarańczy i może w lodach (w smakach) musiał być duży wybór, ale i tu życie pokazało, że wydumane smaki nie sprzedają się i że ludzie szukają prostoty.

Patrząc z perspektywy czasu widać, że wszyscy szukają prostoty coraz bardziej.

A to dla tego, że jesteśmy tak bardzo zaśmiecani informacją.

Dla czego o tym mówię?

Tą prostotę zaserwuj sobie w kuchni.

Gdy spojrzysz na którykolwiek filmik na stronie zobaczysz, że moja kuchnia jest mała, ale też bardzo prosta i oszczędna w formie. Nie mam żadnych sprzętów i poza ekspresem nie mam robotów kuchennych. Poza blenderem (zapomniałam powiedzieć o najprostszym mikserze) nie używam nic, a gotuję multum.

Piekarnik mam najprostszy, bez żadnych (ekstra dodatkowych, jak na przykład parownica) funkcji, bo nigdy ich nie używałam. Może nie nigdy, bo jak miałam inny (w sensie bardziej rozbudowanego) piekarnik, to użyłam ze trzy razy, a później mi się nie chciało.

Lodówkę też mam prostą i już nie tęsknię za dwudrzwiową, a wręcz tak, jak mówiłam przy „Zombie w mojej lodówce”, ona jest za duża.

To ograniczanie wszystkiego co się da, postępuje.

To wyrzucanie z własnego otoczenia wszelkich rozpraszaczy oczu, a co za tym idzie i umysłu. Im prościej i czyściej, tym jest łatwiej.

Kurs też idzie w tym kierunku, by uprościć, oczyścić Twoje otoczenie i ułatwić Ci życie i podejmowanie decyzji.

Kurs OBIADOWA KRÓLOWA KUCHNI krąży wokół niespełna sześćdziesięciu składników.

Zawierają się w nich już i olej i sól, cukier, czy mąka!

Na podstawie tych składników gotujemy 50 potraw.

Przez określenie „potrawy” mam na myśli tak, jak przy Wigilii, że potrawą są ziemniaki i surówka, zupa i mięso, czy inny kotlet bezmięsny.

Przy kolejnych kursach (mam nadzieję, że szybko do nich dojdę) na bazie tych składników (57 szt.) będzie jeszcze więcej przepisów. Nie chciałam napakować tego kursu, żeby był do przejścia.

Po co pozbywać się sprzętów, które kupiło się za grube pieniądze?

Czemu nie kupować sprzętów, które wołają; „KUP MNIE!”

Czemu nie ulegać reklamom, które mówią Ci, że będziesz szczęśliwa i uśmiechnięta, jak ta piękna pani na reklamie, jeśli nabędziesz na przykład żelazko parowe z podwójnym uderzeniem pary. Taki mi akurat przykład przyszedł do głowy, ale nadmierne kupowanie dotyczy w ogóle sprzętów, nie tylko kuchennych. Kupuje się je i ich nie używa.

Dla przykładu kiedyś skusiłam się na samobieżny odkurzacz Roomba. Teraz stoi w szafie.

Więc po co pozbywać się tego wszystkiego i dlaczego nie kupować?

Bo to daje po pierwsze jasność myślenia i mówiłam o tym wcześniej.

Masz ułatwione planowanie. Właśnie przez brak rozpraszaczy.

Przede wszystkim jednak ułatwione sprzątanie.

I znów przykład.

Mam indukcję (w sensie płyty do gotowania). Zawsze chciałam mieć gaz, kuchnię gazową, bo jest bardzo szybka w działaniu, gotowaniu. Ta chęć przeszła mi w momencie, gdy musiałam kupić jakieś źródło gotowania do lokalu, w którym nie mieliśmy gazu i kupiłam przenośną, dwupalnikową płytę indukcyjną. I to wtedy „zaskoczyłam się tym”, że indukcja jest taka szybka i przypala równie szybko, co gaz, bo gotuje tak szybko.

Oczywiście przetrząsnęłam cały internet w poszukiwaniu informacji na temat indukcji i gotowania na płycie indukcyjnej, czy jest zdrowe, wskazane i czy nie ”niszczy” jedzenia, jak mikrofalówka.

W końcu kupiłam i powiem Ci, że indukcja dzięki temu, że szybko gotuje i mycie płyty jest takie szybkie stało się dla mnie idealnym rozwiązaniem. Płyta gazowa była super, ale niestety rozkładanie elementów piecyka do mycia, był zawsze koszmarem. Zawsze!

W tej chwili myję jedną gąbką, pucuję drugą i choć mam porysowaną płytę, to utrzymanie jej w czystości jest łatwe i wygodne. W dodatku nic mi nie zaburza wzroku.

Miałam obwieszony wieszak na półki półkami, pojemnikami i zaczęłam je po kolei zdejmować. Koszyk na sztućce wyniosłam do piwnicy. Gustowną, nierdzewną półkę z Ikea, również. Kolejne pojemniki na coś, co używam raz w miesiącu, również trafiły do piwnicy. Podobnie działam w spiżarni. Mole spożywcze mi trochę pomogły. Musiałam je przynieść z mąką chyba, że po prostu weszły mi do mieszkania z dworu. Zapaskudziły mi większość jedzenia. Musiałam bardzo ograniczyć zapasy i pozamykać je w szczelnych słoikach. I tutaj bardzo polecam Ikea, bo ma chyba najtańsze słoiki na uszczelkę gumową, do których te francowate mole nie wejdą.

Gdy widzę kuchnię, w której dla przykładu jest półka, a na niej ozdoby, to dla mnie samej, coś takiego to utrudnienie sprzątania i rozpraszacz uwagi.

Wyznaję zasadę, że jeśli w kuchni nie muszę czegoś sprzątać i robić dodatkowo, to układam kuchnię tak, by nie musieć jej sprzątać i robić czegoś dodatkowo.

Ozdoby w kuchni nie są mi potrzebne do gotowania i uwierz, że Tobie też. Jeśli możesz pozbyć się jakiegoś zestawu solniczek, pieprzniczek i pojemników na przyprawy, które musisz wycierać i przesuwać, żeby Ci nie przeszkadzały w wytarciu blatu to pomyśl, czy tego gdzieś nie schować, a Ty będziesz miała łatwiej.

Rozejrzyj się w swojej kuchni i uwierz, że naprawdę bardzo dużo rzeczy można z niej wywalić.

Właśnie patrzę na kolejny garnek, który muszę wynieść 🙂 Do gotowania na parze. Nie używałam go miesiąc. Dobrze, że chociaż jest ładny.

Założenie kursu, by krążyć wokół ograniczonej ilości składników jest dużym wyzwaniem.

Idziesz do marketu, czy jakiegokolwiek sklepu i kusi Cię, żeby kupić jeszcze coś, bo może Ci się przyda.

Gdybyś jednak spróbowała/spróbował w ramach tego kursu ograniczyć się do tej właśnie ilości składników (jeśli chodzi o obiady). Do tych 57 składników i pogotować tak przez dwa tygodnie, może miesiąc? Przygotowywać posiłki według przepisów, które umieściłam w materiałach do pobrania. To może stwierdzisz, że ta ilość składników jest bardzo ułatwiająca życie, bo po pierwsze masz „luzy” w lodówce, więc jedzenie jest chłodzone odpowiednio, bo powietrze ma przestrzeń by dotrzeć do produktów.

Dla czego jest to wyzwanie?

Jeśli trafiasz do marketu i jeszcze nie daj boże na głodnego (dla tego właśnie zasady robienia zakupów są jednym z elementów kursu), to prawie na pewno kupisz więcej, niż 60 produktów.

Kiedyś miałam pięć sosów sojowych, teraz mam jeden. Drugi robię z tego pierwszego sama i przepis na słodki sos sojowy również jest w kursie. Ten sos nie jest łatwy do dostania w sklepie, a jak jest, to w małych opakowaniach i drogi. Zrobienie takiego sosu, jego zapasu na tydzień, to pikuś 🙂 Przepis w kursie. Polecam.

Fajne jest wyrwanie się z pętli, gdy media wmawiają nam nasze potrzeby, kreują je.

I teraz znów anegdota 🙂

Znajomy prowadzi aptekę i kiedyś stwierdził, że wie, jakie leki będą się u niego sprzedawały w poniedziałek po weekendzie. Jedynym co musi robić, by tę wiedzę posiąść, to oglądać przez całą niedzielę reklamy. W zależności od tego, jakie leki są reklamowane, na jakie schorzenia, z takimi objawami przychodzą do niego klienci w poniedziałek. I tak dla przykładu jeśli w niedzielę reklamowane są leki na infekcję górnych dróg oddechowych, to wieczorem zamawia te właśnie leki w hurtowni, rano ma dostawę i widzi, jak bardzo te reklamy odziałowują na konsumentów, którzy następnego dnia przychodzą po TE właśnie leki na infekcję górnych dróg oddechowych. Jeśli jest to reklama leków na migrenę, to przychodzą z migreną.

Tak to na nas odziałowuje i nie ma się co temu dziwić. Jeśli widzisz coś siedem razy, to tak się z tym oswajasz, że myślisz, że jest to część Twojego życia. Nawet, jeśli jest to choroba, której nie masz.

Media narzucają nam potrzeby i teraz pomyśl o czymś takim:

Gdy jedziesz pod namiot, kemping, gdzieś na wakacje, gdzie wynajmujesz kwaterę, w której masz do dyspozycji pięć talerzy, trzy garnki, nóż i piecyk dwupalnikowy to nagle okazuje się, że da się w tych warunkach ugotować wszystko i nie potrzebujesz mikserów, blenderów i całej masy sprzętów, którymi się otaczasz w domu.

Mówię to z własnego doświadczenia.

Kupując coś za duże pieniądze, czego nie używamy później, czujemy się nieekonomiczne, bo wydałyśmy pieniądze, zamroziłyśmy je w tym sprzęcie, a go nie używamy.

Czyli jest to niespełniona funkcja tego, na co wydałyśmy pieniądze.

Jesteśmy sfrustrowane, bo czujemy się okłamane. Reklama pokazywała, że będziemy szczęśliwe, a tu klops. Nie zostały spełnione oczekiwania. Miałyśmy być uśmiechnięte, błyskać uśmiechem i pomalowanymi paznokciami, z rodziną wpatrzoną w nas, jak w obrazek, a tu klops 🙂

Do tego dochodzi brak zmian, bo przecież miało być inaczej, czyli tak, jak pokazała reklama, a tak nie jest (inny jest tylko stan oszczędności).

Tak więc zobacz, że ograniczanie się w nabywaniu sprzętów ma same plusy.

I dodam tylko, że siedzę sobie w kuchni, jest godzina przed szóstą, choinka stoi przywiązana sznurówką do kaloryfera i może już się nie przewróci. Choinka obudziła mnie po czwartej, więc wstałam, wzięłam mikrofon i postanowiłam po cichu nagrać ten podcast.

Zapraszam Cię do kolejnych podcastów (artykułów) i…

NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI, GASTROFILAMI!

😀

Dodaj komentarz