fbpx

Szalony klient – podcast nr 17

- Brak komentarzy
gastropamiętnik #1

Pierwszy odcinek cyklu - "Gastropamiętnik"

Gastronomia przyciąga również szalonych klientów. Czasami bardziej, czasami mniej "innych"
W tym odcinku mówię o kilkorgu z nich.
- o eleganckiej kobiecie rozmawiającej z "niewidzialnymi ludźmi"
- o brodatym pisarzu
- o choleryku i wrednym profesorze
- o matce czekającej na córkę
- o zwariowanym matematyku

ps. po uwadze jednej ze Słuchaczek obiecuję, że kolejne odcinki będą pozbawione kawianianego tła 🙂

Gorąco polecam tą aplikację na telefon do odsłuchu podcastów. 
Pobierz na telefon, zasubskrybuj mój podcast i otrzymuj powiadomienia w momencie publikacji.

Wolisz czytać? Proszę bardzo.

Gastronomia przyciąga ludzi niedostosowanych do otaczającej nas rzeczywistości, niezdolnych do normalnego współżycia z otoczeniem.

Są nazywani wariatami, lub świrami, lecz oni są po prostu inni i wzbudzają swoim zachowaniem strach.
Gdy człowiek się czegoś boi, zazwyczaj jest nietolerancyjny.
Tak, boimy się inności, bo czujemy się zdestabilizowani „odmiennymi” reakcjami.
Mnie odmienność fascynuje, ale jestem też ostrożna.
Przejdźmy do przykładów, których wiele obserwowałam na przestrzeni lat prowadzenia lokali gastronomicznych, a wspomnę tu o kilku.

Pewna pani w wieku w wieku koło sześćdziesiątki...

Ta pani czekała na otwarcie lokalu każdego dnia „z nosem przy drzwiach” wejściowych. Była zadbana, elegancka i zawsze "prosto od fryzjera". Pierwszym pytaniem, które zadawała było :

- Która godzina?

Informowałyśmy ją grzecznie, że dziewiąta i wtedy padało kolejne pytanie:

- Czy mogę się napić małego Żywca?

Pozwalałyśmy, podawałyśmy, pani wypijała. Gdy wypiła pytała, czy może wypić jeszcze jedno piwo.
O dziewiątej trzydzieści pytała, czy już jest jedenasta. Nigdy nie było tej godziny. Następnie o to, czy może iść się załatwić.
Może więzienna przeszłość?
Gdy muzyka płynąca z głośników podobała jej się, tańczyła.
Potrafiła wybiec nagle z lokalu, zostawiając piwo i wrócić po kilku minutach, rzutem "siedzenia" na kanapę.
Często rozmawiała z powietrzem, kłóciła się z piwem, lub krzyczała na kogoś pod stolikiem, albo po prostu płakała.
Miała ulubioną kanapę i myślę, że gdybyśmy kiedyś nie obsłużyli jej, bo zaczepiała czasami klientów, wbilibyśmy jej nóż w serce.
Lubiłam ją, choć często nie rozumiałam, co mówi. Artykułowała słowa zbyt szybko.
Nigdy się nie uśmiechnęła.

Przychodził pan z kosmatą brodą...

i z... maszyną do pisania. Nie zamawiał nic, ale siadał przy stoliku i pisał godzinami.
Przyglądałyśmy mu się z ciekawością, a w końcu podawałyśmy herbatę z cytryną. Polubiłyśmy piszącego pana. Był, jak w hipnozie. Zapatrzony w białe kartki, szaleńczo walił palcami w klawisze, a trzaskające dźwięki rozchodziły się po lokalu. Wyrywał kartki z maszyny i rzucał na stół obok. Po skończeniu sesji zabierał wszystkie i bez słowa wychodził.

Kiedyś zostawił swój maszynopis, a my z ciekawością czytałyśmy.
Nie było w tym tekście sensu. Wyłącznie ciąg słów i liter, nie tworzący nijako treści.
Przynajmniej nie dla nas. On ją pewnie widział i rozumiał.
Po zostawieniu maszynopisu, przestał nas odwiedzać.
Szkoda...

Wyjątkowo elegancka pani, pachnąca perfumami

Siadała w ogródku letnim i nic nie zamawiała. Czekała na córkę, tak nam odpowiadała, gdy kelnerka podchodziła, by przyjąć zamówienie.
Wyciągała z torebki plik zdjęć i przeglądała je przez kilka godzin. Jedno po drugim w szybkim tempie i znów od początku.
Musiała je znać już na pamięć. A może wcale ich nie widziała?
Przychodziła codziennie, o stałej porze. Po seansie zdjęciowym wychodziła.
Córka nigdy nie przyszła.
Może już nie było córki wśród żywych?

Bardzo groźnie wyglądający wielkolud...

z rozwianą grzywą zamawiał wyłącznie piwo.
Gdyby jednak zamawiał je normalnie...

- Przynieś mi piwo, albo ci przypier…!!! – rzucał do kelnerki, a ta spłoszona biegła po kufel z pianką.
- Co się kur.. patrzycie?! - krzyczał do klientów. - Wpier...ć wam?
- Kelnerka! Dawaj piwo, albo masz wpier...!

To jego najczęstsze teksty. W końcu straciłyśmy cierpliwość, gdyż na upomnienia reagował coraz większą agresją słowną.
Chłop był, jak dąb. Bałyśmy się go.
Trzech ochroniarzy miało kłopot z okiełznaniu faceta. W końcu policja dała radę.
Nie przychodził już po tym incydencie. Na szczęście.

Moim ulubieńcem był Matematyk.

Młody facet, w wieku niespełna trzydziestu lat. Lubił słodycze.
U nas słodycze to podstawa. Matematyk wpadał do lokalu kilka razy dziennie i przetaczał się przezeń, jak huragan. Biegał od stolika do stolika w tempie, które przeszkadzało w dorwaniu go. Jeśli na jakimś stole zauważył niedojedzone ciasto, lub "niedoskrobany" deser, rzucał się nań i „wciągał”, niczym odkurzacz.
Klienci zamierali zazwyczaj na ten widok.
Dorwał na przykład resztkę deseru tiramisu, zjadł, czy raczej połknął i krzyknął:

- Jestem w niebie! Teraz mogę umierać!

I uciekał 😀

Mnie rozbroił tym tekstem.
Innym razem dopadł niedojedzoną przez dziecko miseczkę waflową z bitą śmietaną. Pochylony nisko, jak Quazimodo, trzymając zdobycz w dwu dłoniach, pożerał dosłownie resztkę.

- Nic mi się nie kruszy! – krzyknął do mnie z pełnymi ustami widząc, że go obserwuję w osłupieniu i wchłaniał łapczywie dalej. - Nie naświniłem ani trochę! Nie trzeba po mnie sprzątać!

Zjadł co do okruszka, wyprostował się i rozłożył dłonie na boki oznajmiając:

- Dziś było na wypasie!

I tak nas odwiedzał codziennie. Kilka razy dziennie 🙂
„Strzelał „rundkę po lokalu i wychodził.

Był taki dzień…

Upał, więc ludzie nie jedli słodyczy. Niedosyt cukru kazał mu wrócić po raz drugi, a w końcu i trzeci.

- Nikt nie jadł nic słodkiego, więc nie ma pan co sprawdzać – zawołałam, gdy po raz kolejny zatoczył krzywe koło po lokalu.

Nie zareagował, ale gdy wracał, stwierdził:

- Musiałem sprawdzić, bo nie wierzę kobietom. Bucha cha cha!
- Bucha cha cha! - Nie powstrzymałam się przed przedrzeźnianiem go.

Zatrzymał się na chwilę, czym mnie troszkę przestraszył. Duży z niego facet i takie coś dziwne miał w oczach.
Po chwili jednak ruszył z prędkością parowozu.

Dowiedziałam się, że jest geniuszem matematycznym. Genialny, ale świr. W szkole średniej pisał studentom prace magisterskie i za dyszkę odrabiał dzieciakom zadania domowe.
Myślę, że nie tyle świr, ale takie życie właśnie wybrał. Nie miał zamiaru pracować. Twierdził, że praca jest dla frajerów. Wolał wybrany przez siebie styl życia.

Ciekawe, co teraz robi.
Może rozwiązuje zadania całymi dniami?
Może po jego śmierci okaże się, że rozwiązał zagadki matematyki i mógł jeść wszystkie słodycze świata za zdobyte pieniądze? Tymczasem dojada resztówki po naszych klientach.
Mam wrażenie, że gdyby usiąść z nim przy piwie i rozpocząć dysputę, mogłoby być bardzo ciekawie.

Pan „doktor” z robaczywym językiem.

Zaczął od czepialskich uwag dotyczących wyglądu kelnerek. Dołował je, zapraszając na operacje plastyczne przedłużenia nóg.

- Ma pani nieproporcjonalnie krótkie nogi – mawiał. - Jestem chirurgiem, mogę pani pomóc.

Nie jedna dziewczyna płakała przez gbura, w końcu żadna nie chciała go obsługiwać. Robiłam to ja, mi nigdy nie śmiał „dowalić” słowem. W końcu wyprosiłam go z lokalu i pożegnałam na przysłowiowe „zawsze”. Odgrażała się, coś mi niemiłego obiecywał, ale nie pamiętam już co. Widać nie warte to było zapamiętania 🙂

To tylko kilka przykładów.

Takich „innych” ludzi jest mnóstwo, a w moim zawodzie widać ich było wyjątkowo jaskrawo.
Miałam ciekawy zawód i lubiłam go. Gdzież indziej można się tak bacznie przyglądać ludziom?
Może jako psychiatra?

Miałam również przyjemność zatrudniać dziwnych ludzi, ale o tym innym razem 😉

Dodaj komentarz